„Jeśli przeżyję, będę walczył o życie”… – tę obietnicę składa, przebywając w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Po dwóch latach odzyskuje wolność, kończy studia medyczne i zaczyna swoją batalię, która pochłania wszystkie jego siły. Oddaje się cały, gdyż w tych zmaganiach nie można oddać się połowicznie. W walce o ludzkie życie nie ma miejsca na kompromisy.

Umiłowanie życia w każdym wymiarze i służba mu były pasją profesora Włodzimierza Fijałkowskiego.Jest on twórcą polskiego modelu szkoły rodzenia, twórcą ekologii prokreacji, prekursorem psychologii prenatalnej w Polsce; zajmował się także rozwijaniem i wdrażaniem naturalnego planowania rodziny. To jemu zawdzięczamy propagowanie porodów z udziałem ojca, porodów naturalnych, rozpowszechnianie wiedzy dotyczącej biologicznych, psychologicznych oraz pedagogicznych aspektów rozwoju dziecka w okresie prenatalnym. Cała jego praca naukowa i zawodowa była skierowana ku temu, aby pomóc innym twórczo przeżywać swą płodność, żeby odkryć niesamowity dar ojcostwa i macierzyństwa, by ocalić przed zniszczeniem to, co ma wartość najwyższą.

W archiwum Profesora pozostało wiele takich listów jak ten: „Jutro zdaję egzamin maturalny, mam osiemnaście lat i to, że żyję, że jestem zdrowa i cała, zawdzięczam tylko Panu, Doktorze. Dziękuję, Panie Profesorze. Serdecznie dziękuję! Jeśli można w tym prostym słowie wyrazić to, co czuję… wyrazić to, co Pan uczynił, ratując życie moje i wiele, wiele innych. Proszę Boga o to, by wynagrodził Panu to, co uczynił Pan dla mnie i dla wielu takich jak ja, ocalałych i żywych dzięki Panu”…
Wybór
27 kwietnia 1965 r. polski sejm uchwalił ustawę o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Do gabinetu doktora Włodzimierza Fijałkowskiego przychodzi pewna kobieta, która żąda skierowania „na zabieg”. On sam tak opisuje to zdarzenie: „Ten dzień [kiedy to z aborcji uczyniono zabieg lekarski w obronie prawa, depcząc etos Hipokratesa, niekwestionowany przez całe stulecia, aż do naszych czasów] mocno utrwalił się w moim życiu. Po kilku pomyślnych rozmowach z osobami zgłaszającymi się do mej przychodni trafiłem na nieprzebity mur. Zgodnie z zarządzeniem ówczesnego ministra zdrowia odmowę skierowania na przerwanie ciąży musiałem uzasadnić na piśmie. Nie napisałem: »Jako katolik odmawiam« ani »Jako lekarz odmawiam«. Napisałem: »jako CZŁOWIEK odmawiam«”…
W chwili wyboru nie zawahał się, choć za tę odmowę zapłacił dobrze zapowiadającą się karierą zawodową i naukową – został zwolniony z pracy w przychodni, a wkrótce także – w akcie szykan ówczesnych władz – został usunięty z łódzkiej Akademii Medycznej, pomimo obronionej habilitacji…
Nowy kształt miłości
To nie był łatwy moment. Zdawało się, że w jednej chwili utracił całe zabezpieczenie – utrzymywał przecież rodzinę, mieli z żoną czwórkę dzieci – okazało się jednak, że były to chwile pogłębienia pierwotnego wyboru. „Stale rodzące się poczucie znużenia i zwątpienie w sens podejmowanych działań trzeba było przełożyć na inny język, zaakceptować wartość ofiary, nie poddając się rezygnacji. Z opuszczenia rodził się nowy kształt miłości” – pisze po latach, ustosunkowując się do tego zdarzenia. „Poczucie wewnętrznej wolności zawdzięczam chyba temu, że od dziesiątków lat staram się nie realizować własnej woli. Odpowiadając na wezwania, uwalniam się od zaspokajania swoich upodobań, które mogłyby mnie ograniczać. Czuję się rześki i nie zmęczony. Nie przeżywam napięć, jakie niechybnie stałyby się moim udziałem, gdybym się obciążał wyborami i ciułaniem osiągnięć. Chcę czynić wolę Tego, który mnie posyła; możliwie całą wolę Bożą, ale też nic poza nią” – dodaje…
„Przez wiele lat – pisze – nie zdawałem sobie sprawy, jak dalece przyjęcie cierpienia otwiera drogę światłu. Światłu, które pochodzi z niegasnącego źródła”.
Światło
Czym było to Światło i jakiego pierwotnego wyboru dokonał? Pewnego lata poznał ruch Focolare, który odkrył przed nim tajemnicę Boga Miłości. Stało się to na rekolekcjach w Tatrach prowadzonych przez osoby z ruchu, które przyjechały z Niemiec. Przyjęcie tego posłania w języku niemieckim nie było wcale dla niego proste – od piętnastu lat męczyły go powracające wspomnienia z obozu... Poddał się jednak tej Miłości, która uzdrawia i uzdalnia do przebaczenia.
Rok później odwiedził w Lipsku małżeństwo lekarzy żyjące duchowością ruchu. Jedno z ich kilkuletnich dzieci zauważyło na ręce Włodka wytatuowany numer. „Co to jest?” – zapytało zaciekawione. Gdy usłyszało odpowiedź swej mamy – że to znak wielkiego cierpienia związanego z pobytem w obozie koncentracyjnym – dziecko wstało, podeszło i ucałowało numer wypisany na przedramieniu. Był to moment wylania balsamu na poranione serce.
Podróż do Prawdy
Początek dalszej fascynującej „świętej podróży” wiązał się z wyborem, o którym doktor Fijałkowski pisał następująco: „Postawiłem Boga na pierwszym miejscu, chcę oddać Mu całe swoje życie i samego siebie. Aby być uczniem Jezusa, mam nieść swój krzyż i iść z Nim. To już nie kwestia wyboru, bo komu mógłbym powierzyć się tak całkowicie i nie doznać zawodu?”. Po wielu latach dodaje: „Pan jest wdzięczny człowiekowi za dar z samego siebie. Wiele razy tego doświadczyłem. Swoje ucho wewnętrzne pragnę wyczulić na Jego wolę. By ją usłyszeć, mam być otwarty na potrzeby braci, którzy mi Jego wolę przekażą. Mam wyjść naprzeciw ich oczekiwaniom. Muszę być odważny i bardziej zdecydowany w wypowiadaniu swojego »fiat«. Jak Maryja. Jej droga niech będzie moją drogą życia. Moją drogą do Prawdy”.
Życie poza sobą
Światła, które go prowadziło, nie pozostawiał dla siebie – lecz wszystkich Nim obdarowywał. Napisał ponad tysiąc artykułów, wygłosił mnóstwo konferencji i przeprowadził tysiące rozmów indywidualnych mających konkretny wpływ na życie tych, których spotykał. Budował cywilizację miłości – niekiedy, zdaje się, zupełnie samotnie. Czynił to, stając się czystym darem z siebie samego. To jego podarowywanie się przenikało wszystkie aspekty jego życia, także pracę – pisał: „Doświadczam namacalnie, że każda praca stwarza człowiekowi szansę rozwoju. Istotne, by zauważył, że nie jest najważniejsze, co robi, ale czy jego praca jest komuś ofiarowana. Praca może niszczyć, jeśli wykonuje się ją bez odniesienia do drugiego człowieka, czy – szerzej – braci tworzących jedną ludzką rodzinę. Pracując, kochaj, bo to najwspanialsza forma wyrażania miłości. Praca to miłość konkretna”.
Bycie darem dla innych jest konkretnie powiązane z życiem poza sobą, którego uczył się stopniowo poprzez zawierzenie: „Raz wreszcie – pisał – trzeba się zdobyć na samookreślenie. Skoro wybrałeś mnie, Panie, teraz myśl o mnie. Przynależąc do Ciebie, całą troskę o siebie pozostawiam wyłącznie Tobie. Odtąd jest to już Twoja sprawa, nie moja. Sam widzisz najlepiej opłakane skutki mego zajmowania się sobą. Kosztowało to wiele zmarnowanej energii, nie służącej nikomu i niczemu. Tymczasem wokół mnie jest wiele ludzi, którzy mnie potrzebują; nimi mogę się teraz zająć. Wolny od siebie zaczynam ich wreszcie zauważać. Coraz wyraźniej okazuje się, jak wiele mam do zrobienia. Oddałem się w niezawodne ręce Tego, Który jest moim Panem, którego postawiłem na pierwszym miejscu. Opuściła mnie troska o siebie, która i bardzo dokuczała, i ograniczała poczucie wolności. Odtąd mam nie tyle szukać zrozumienia, ile rozumieć, nie tyle szukać miłości, ile kochać, nie tyle oglądać się za pociechą, ile pocieszać”...
Współcierpienie
Przeżyte cierpienia pomagały mu głęboko rozumieć tych, którzy powierzali mu swoje problemy. Dostrzegał w nich oblicze Jezusa Opuszczonego: „Jezus Opuszczony ukazuje swe oblicze w każdym spotkaniu z bratem. (…) Cierpienie przyjęte z miłością rodzi radość. Nie przestaje być cierpieniem, ale osiąga inny, nadprzyrodzony wymiar. Przechodząc przez ranę Chrystusa, nie zatrzymujemy się w Niej, ale zdążamy z Nim ku Zmartwychwstaniu”.
Przez tę ranę przeprowadzał szczególnie kobiety z syndromem postaborcyjnym. Był świadomy, że „zło aborcji najsilniej uderza w kobietę, bo to w jej ciele dokonuje się zabójstwo maleńkiego dziecka”. „Tak jak o reumatyzmie – pisał – mówi się, że »liże stawy, a kąsa serce«, tak można powiedzieć, że zespół postaborcyjny »liże ciało, ale kąsa duszę«”.
W swojej książce Żyć chwilą obecną – wybory łatwe i trudne obrazuje to cierpienie, przytaczając pewne wyznanie: „Tłumaczysz się – pisze jedna z kobiet – że skoro inni tak zrobili i potrafią żyć z tą świadomością, to pewnie i tobie się uda. Ale tak ci się tylko wydaje, bo nie potrafisz dotrzeć do wnętrza tych ludzi, nie trafisz do ich psychiki, a w związku z tym nie dowiesz się, co czują i jak cierpią. Przekonasz się dopiero wtedy, gdy będzie już za późno. Wtedy każde dziecko, każda zabawka, każdy bucik czy ubranko będzie zbierało w tobie morze łez. Choćbyś miała nie wiem ile dzieci, stracisz wiarę w sens życia. I wtedy będziesz chciała pójść do lekarza, i powiedzieć mu, że się zastanowiłaś, i chcesz, żeby ci oddał dziecko. Ale tylko to dziecko”...
Wiedział, że także w sytuacji kobiet po aborcji jedynym lekarstwem jest stanie się darem dla innych i zaangażowanie w walkę o życie, dlatego w jednym ze swych listów do kobiety po aborcji pisał: „Gdy spotka człowieka przeżycie o tak wielkiej sile zniszczenia jak to Twoje doświadczenie, wtedy człowiek albo się zagubi, albo odnajdzie Boga, w którym jedynie może ocalić siebie. Co więcej, może pójść dalej tą Bożą ścieżką i umocnić same fundamenty swego istnienia i sensu życia. (…) Wszystko wskazuje na to, że czas żałoby musi minąć. W tym nie będzie żadnej zdrady Twojego odniesienia się do Maluszka, ale Twoja miłość do Niego zacznie być pełniej Twoją miłością do Jezusa w Nim. (…) To Bóg jest jedynym dawcą życia, a więc Jemu to życie należy oddać. Oddając całkowicie życie własne i Maluszka, jakby umierając w sobie dla Jezusa, odzyskujesz prawdziwe życie, jakiego nikomu z nas świat dać nie może. Ale trzeba oczyścić tę miłość do utraconego Maluszka z egocentrycznego przywiązania i pogłębić ją przez zgodę na życie i przez służbę życiu w bliźnich”.
Godność
Rodzicom w kryzysach, wahającym się, czy przyjąć poczęte dziecko, mawiał: „Człowiek w pierwszej fazie życia jest mały, nagi i bezbronny. Jakkolwiek, może być sprawcą wielkiego, pozytywnego przełomu w rodzinie. Trzeba tylko pozwolić mu żyć”. Pisał także: „Dar życia może być niekiedy trudnym darem. Bywa, że się wyciąga po niego ręce w sposób lekkomyślny lub zgoła nieodpowiedzialny, ale nie wolno go unicestwiać. Za nieobliczalne zachowania dorosłych nie można karać śmiercią poczętych dzieci. Poszanowanie życia jest niezbędnym wykładnikiem naszej ludzkiej godności”.
Dar
Kulturze panoszącej się śmierci może przeciwstawić się jedynie cywilizacja miłości, dlatego profesor Fijałkowski podejmował wiele działań, które miały na celu odkrycie przed małżonkami daru ojcostwa i macierzyństwa, twórczego przeżywania ich płciowości i płodności. Im to podpowiada, na czym polega istota prawdziwej miłości: „Jeśli kocham naprawdę – muszę wybierać tego drugiego, którego kocham w sobie, muszę mu w sobie dawać pierwszeństwo. (…) O życiu w łonie matki nie da się powiedzieć nic bardziej prawdziwego niż to, że jest ono wielkim cudem. (…) Okres 9 miesięcy nie ma być czasem oczekiwania, ma być czasem stymulującego towarzyszenia dziecku w jego »tu i teraz«. Rodzice mają szansę nauczyć się od niego życia chwilą obecną, gdyż ono czyni to doskonale: nie cofa się do przebrzmiałej przeszłości, nie niepokoi się tym, co będzie później. Żyje teraźniejszością”.
Piękno
Piękno sfery seksualnej człowieka odkrywa przede wszystkim przed młodymi. W wielu swych konferencjach i w czasie różnych zlotów młodych, spływów kajakowych i wypraw górskich, przypomina tę prawdę: „Płciowość i miłość łączy więź szczególna. Bez miłości działanie seksualne nigdy nie osiągnie należytych wymiarów osobowych. (…) Dynamika sfery płciowej uzdalnia mnie do bycia darem dla drugiej osoby oraz do gotowości przyjęcia jej daru z siebie. Jakież to ogromne, jak bardzo przerastające człowieka w jego uzależnieniu od naporu egoistycznych chceń. Co więcej, ten model, zakotwiczony w płci, jest uniwersalnym modelem naszych zachowań we wszystkich międzyludzkich odniesieniach. Nastawienie na przyjemność niweczy wszystko. Spłaszcza, redukuje, kłamie. Aby być darem dla drugiej osoby, trzeba »stracić« siebie: swoje zawężone, chciwe pożądanie, które chciałoby uczynić z drugiej osoby przedmiot użycia.
Jeśli nie zadowala nas połowiczność, nie wystarczy odwoływać się do opanowania, powściągliwości, refleksyjności. To za mało. Tu trzeba dosłownie umrzeć w sobie. Jak ziarno, które – obumierając – rodzi nowe życie. (…) Jak »umierać«, by nie przedłużać cierpienia i nie wpadać we frustrację? Odpowiedź jest jedna: mamy ćwiczyć się w tym, by owo »tracenie« przebiegało sprawnie, najlepiej błyskawicznie. Martwy już nie cierpi. Naszym zadaniem nie jest ugrzęznąć w cierpieniu. Mamy przechodzić przez śmierć ku życiu. Jak nasz jedyny Mistrz i Nauczyciel, który z miłości do nas przyjął największe cierpienie i przez swe Zmartwychwstanie wprowadził nas w nowe życie”...
Pisał także, że: „sfera płciowa jest »terenem«, na którym został osadzony »generator energii«. Jest to energia niezwykle plastyczna, podatna w kierunku PRZEMIENIANIA. (…) Generator energii seksualnej »chce« być generatorem miłości. Takie jest jego miejsce w strukturze osobowej człowieka. (…) Właśnie płodność jest energetycznym napędem dla twórczych przekształceń elementarnych napięć w sferze płci: podniecenia we wzruszenie, pożądania w zachwyt, pobudzenia w czułość, poszukiwania przyjemności w odkrywanie radości. Płodność uzdalnia do kochania ludzi, ubezpłodnienie – do ich UŻYWANIA”.
Był niestrudzonym promotorem czystości, ekologii w sferze płciowości; przypominał, że „antykoncepcja prowadzi do uprzedmiotowienia człowieka” i uświadamiał, że „płodność to twórczość, to zdolność o rozległym zasięgu, to moc kreatywna, która nie ogranicza się tylko do rodzenia dzieci”.
 
Wolność
Przede wszystkim świadectwem swego życia inspirował młodych do właściwych wyborów. „Słusznie dążysz do wolności – pisał – tylko rozeznaj, co tą wolnością jest, a co nią nie jest. Nie pomyl MIŁOŚCI z UŻYCIEM. Aby osiągnąć pełnię życia, starajmy się używać rzeczy, a kochać ludzi... nie zaś używać ludzi, a kochać rzeczy... Aby miłość była miłością, musi być otwarta na życie, czyli wolna. Ubezpłodnienie cofa cię do ZNIEWOLENIA”...
Boży plan
Tę misję, którą odkrył jako swoje powołanie, jako wolę Bożą, której pełnienie było jego wyrazem miłości do Jezusa, kontynuował aż do dnia swej śmierci – do 15 lutego 2003 r. Jego msza pogrzebowa, w której uczestniczyło ponad 1000 osób, była wielką manifestacją kultury życia. Ojciec Święty Jan Paweł II napisał wtedy: „Z bólem przyjmuję odejście wybitnego profesora i ofiarnego lekarza, odważnego obrońcę nienarodzonych, członka Papieskiej Akademii »Pro Vita«, seminaryjnego wykładowcy medycyny pastoralnej. Dziękuję Bogu za wszelkie dobro, jakie stało się udziałem Kościoła dzięki jego długoletniej pracy, a szczególnie za uratowane istnienie ludzkie. Wierzę, że Pan obficie wynagrodzi mu to dzieło w swojej chwale”...
Ogień
„Myślę więc o ludziach, którzy swą postawą i zachowaniem »upraszczają świat«, czynią go mniej skomplikowanym, przezroczystym i wiarygodnym. Chciałbym dołączyć do nich, być jednym z nich”... Taki był i tego uczy i nas.
Przypominał: „Każdy z nas ma być nosicielem ognia. Ma podtrzymywać ognisko w swoim domu. Ma dbać, by to ognisko ogrzewało marznących z zimna... (…)
Nieść Jego ogień to żyć słowem Jezusa do końca. To Ogień, który spala i niszczy wszystko, co nie wytrzymuje próby – co jest kłamstwem, pozorem, udawaniem. Życie Jego słowem przemienia świat”. Obyśmy w swym życiu żyli słowami: „Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie (…). Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych” (Mt 18,10.14).
Małgorzata Radomska